banner

sobota, 24 sierpnia 2013

wtorek, 30 lipca 2013

Wrocławski soundtrack

Uch, trzeba by tu trochę posprzątać, bo mnie kapkę nie było w blogosferze i już pajęczyny się plączą.
A ja nie lubię pająków. :(

Wiszę jeszcze 2 wpisy z wydarzeń z życia Wrocławia, nadrobię w najbliższym czasie. Dziś tylko krótki wpis, żeby było wiadomo, że żyję. 

A zatem - kiedyś od pewnej osoby usłyszałam dość ciekawe stwierdzenie - "Lubię Wrocław. To miasto ma własny soundtrack!" W zasadzie osoba ta miała rację - wystarczy przejść się ulicami (najlepiej w okolicy rynku), by co rusz usłyszeć śpiew, co 2 metry w innym stylu. Człowiek śpiewa i gra (lub śpiewa do melodii z magnetofonu), przed nim kapelusz czy też otwarty futerał na gitarę i jeśli się komuś spodoba, to może wrzucić "co łaska". Cóż, podejrzewam, że o każdym mieście w okresie letnim można tak powiedzieć, niemniej mi utkwił ten "wrocławski soundtrack" w głowie.
Czasem kusi mnie, by niektórym śpiewakom wrzucić grosik i powiedzieć, że to zapłata, by zamilkli i przestali mordować szlagiery Budki Suflera czy Perfect, ale jak dotąd się wstrzymałam. I tak - Gienek Loska też na ulicach Wrocławia się wydzierał. Aczkolwiek mnie jego śpiew nigdy nie urzekł.
Żeby jednak nie było, że na ulicach Wrocławia występują same rozdarciuchy, gotowe zarżnąć każdy, nawet najlepszy kawałek w historii polskiej muzyki rockowej - bywają i wyjątki. Ostatnio przyuważyłam na Świdnickiej ludzi, którzy zaproponowali inny repertuar. Wyciągnęli wiolonczele czy też skrzypce i akordeon i... klasyka. I nie żadne rzępolenie do śpiewu miauczących kotów - naprawdę pięknie zagrana, przyjemnie było posłuchać.
Zawsze to miła odmiana.


Mam nadzieję, że żaden z bohaterów zdjęcia nie ma nic przeciwko umieszczeniu go na blogu.

Agi

czwartek, 11 kwietnia 2013

Środa, wieczór... pełne bary?

Postanowiłyśmy po pracy wyskoczyć razem "na jednego". Ponieważ od dawna nam się to marzyło i w końcu Ł., M. i ja skończyłyśmy pracę o tej samej porze (plus przyszła wypłacza, ergo - jest za co szaleć!)... dobra! Wychodzimy!
Wyszliście kiedyś na JEDNO piwo? Bo mnie się nigdy nie udało. Dzisiejszego wieczoru też nie, choć nieco w inną stronę. Tym razem nie wypiłam ani jednego piwa.
Zaczęłyśmy grzecznie. Po pracy uderzyłyśmy do "Chińczyka" na jedzenie. Wiadomo, człowiek głodny, musi się posilić. Konsumpcji dokonałyśmy na ryżu z krewetkami i warzywami, ja dodatkowo wzięłam herbatę "ogień" (z kardamonem - czemu ja tego przez całą zimę nie piłam!?) i każda po kieliszku białego śliwkowego wina. Do zapamiętania - dorwać takie wino GDZIEKOLWIEK. Przepyszne. Słodkie, delikatne... palce lizać! Oczywiście rozkładamy się i gadamy jak nakręcone.
"Chińczyk" (konkretnie nazywa się to "Świat Chin" i jest to herbaciarnia, ale wiadomo - jedzenie też jest) zamyka się o 22.00, my wychodziłyśmy kapkę po 21.00. Dobrze by było nie kończyć wieczoru, który się nieźle zaczął. Gdzie by tu...? W głowie pustka. Teoretycznie w rynku i wokół rynku pełno knajp wszelkiej maści, ale żadna nie przychodzi nam do głowy. Jesteśmy na Igielnej. Hmm... Blisko Kotlarska. Chopper! Dobra, uderzamy do knajpy motocyklowej. Teoretycznie miejsce było... ale mecz. Nie, to nie jest dobry pomysł. Nic do meczu, lubię sobie czasem obejrzeć, acz niekoniecznie w knajpie i przy wrzaskach prawdziwych piłkarskich znawców. No i nie wiedziałam nawet kto gra, bo tylko kątem oka rzuciłyśmy. Opuszczamy Choppera. Idziemy dalej. Ł. nie lubi piwa. Wobec tego Rejs odpada. Okej, na Kuźniczej jest... yyyy... bodajże Altana. Wchodzimy... i wychodzimy. Pełno ludzi, jeszcze więcej dymu. Yyyyp!
Gnamy dalej. Opcją będzie Niebo (nigdy nie pamiętam, gdzie to jest) lub Czeski Film (Kiełbaśnicza). Zaglądamy do kolejnych knajp - wszędzie pełno ludzkości. Co jest?! Jest środa! No ok, mecz, ale żeby aż tak? Udało się w Czeskim filmie. To co? Piwo? Otwieramy menu. Ł., jak wspomniałam, piwa nie lubi, więc grzebie w menu za drinkiem. Kątem oka zahaczyłam o magiczny napis "Mojito" i dostałam małpiego rozumu. Odechciało mi się piwa. Zapragnęłam "Mojito" w trybie przyspieszonym. 
Ł. wzięła coś z amerykańsko brzmiącą nazwą, M. twardo piwo. Pijemy z ukontentowaniem.

Oba pyszne.
Każda od każdej po łyku, by spróbować. Gadamy dalej. Nie wiem, jak to jest, że tematów do pogawędki jakoś nie brakuje, zawsze się coś znajdzie do plotkowania, omówienia... samo się nasuwa, a z każdym łykiem alkoholu jakby więcej. 
Noc taka młoda (a było: "Jedno piwo... nie będziemy przecież siedzieć długo..." - jasne...)... Bierzemy kolejne drinki. Na stole ląduje Krwawa Mańka (czyli Krwawa Mary), Casablanca (to moje, coś z sokiem pomarańczowym i chyba ajerkoniakiem) oraz kolejne cudo z amerykańską nazwą (nazwa na pewno zawierała w sobie "L. A."). Nagle zrobiła się godz. 23.00, zrywamy się, płacimy i galopujemy na przystanek autobusowy. Chwila stresu, bo czekamy na wehikuł, a ten nie przyjeżdża. "Na szczęście" nasz autobus się spóźnił.

Nie mogę się pozbyć z głowy tej piosenki Dolly Parton (i paru innych pań w towarzystwie Billy'ego Ray Cyrusa) Romeo. Ale wcale nie chcę, bo ją uwielbiam.
Jestem w domu. 
Piję wodę.
Jutro do pracy. 
Idę spać. :-)

Agi

środa, 27 marca 2013

Stopić drania!!!

Jaki jest najładniejszy zwiastun wiosny? Nie, wcale nie żadne jaskółki, przebiśniegi, krokusy czy inne takie. Choć nie przeczę, też ładne. We Wrocławiu znakiem, że zimie już dziękujemy jest to...

                        rowery przy ul. Świdnickiej

Wczoraj obserwowałam, jak je wyładowywano i wstawiano na miejsce. Nie miałam wtedy, oczywiście, przy sobie komórki, by pstryknąć fotkę, ale widok był cudny. Miejskie rowery znów będą na ulicach!
Korzystanie z takiej przyjemności jest... no właśnie, przyjemnością. Jest kilka takich stacji we Wrocławiu, można wziąć rower z jednej, a zostawić przy drugiej. O ile pamiętam pierwsze 20 minut jest za darmo (a przynajmniej było), a opłata za skorzystanie z roweru zaczynała się później. Według mnie to jedna z najlepszych rzeczy, jakie się w tym mieście pojawiły. Alternatywa dla MPK, radocha dla tych, którzy roweru nie mają, a do tego zachęta do ruchu. Zamierzam korzystać.
I niech mi teraz jakiś śnieg spadnie, to chyba będę ganiać z miotaczem ognia i topić drania do ostatniej śnieżynki! Mam szczerze dosyć tego wstrętnego zimna, opadów i braku słońca! A jeszcze spece twierdzą, że za kilka lat w ogóle wiosny nie będzie, gorące lato zacznie uderzać upałami już w maju, jesień się wydłuży... ciekawe, czy na pewno jesień, bo jak znam życie i swoje szczęście to raczej zima zatriumfuje. Szukam Białej Czarownicy, najwyraźniej ktoś tego babsztyla wypuścił z Narnii...

Agi

sobota, 16 marca 2013

Walka z wiatrakami, pardon - z automatami

Zaznaczam od razu, że jestem ortodoksyjnym wyznawcą MPK. Samochodu nie posiadam, prawka też nie (choć to się pewnie kiedyś zmieni, bo wypadałoby umieć obsłużyć kierownicę). Wrogiem nie jestem, ale jeśli w mieście działają tramwaje i autobusy, to wygodniej mi się poruszać właśnie nimi.
Euro 2012 było, Wrocław się przygotował na cacy, przystanki mamy takie, że mucha nie siada. I jak na taki przystanek podjeżdża nowiutki tramwaj, to się człowiek bardziej z europejska czuje. Jeszcze czekam na moment, kiedy automaty do biletów będą na KAŻDYM przystanku, to już w ogóle będzie raj.
I żeby działały jak należy.
Ja mam jakiegoś pecha. Ogólnie automaty są w porządku i nie boję się ich, o ile płacę kartą. Ale jak mam w ręku gotówkę, to mi ręka drży. Czemu? Otóż... co wrzucam kasę, to mi ją pożera, nie racząc wydrukować biletu. Człowiek przedwypłatowy wyciąga zaskórniaki, żeby kupić jednorazowy bilet (bo na nowy miesięczny jeszcze go nie stać), a ta wredna maszyna wsiorbuje monety jak chipsy i ani myśli się odwdzięczyć biletem. Oczywiście człowiek przedwypłatowy nie posiada też środków na komórce, by zadzwonić gdzie trzeba i z płaczem poprosić o interwencję. Oduczyłam się kupowania za gotówkę w momencie, gdy połknęło mi 10 złotych, wredne ustrojstwo.
Kiedyś, niedługo po Euro, nadziałam się na przystanku na Ukraińca, który usiłował powalczyć z automatem. Jakoś się z nim dogadałam, jak to należy obsługiwać, ale oczywiście jego 5 złotych automat... wiadomo, co z nim zrobił. Głupio mi się zrobiło jak nie wiem, poczułam coś na kształt "przyjeżdża obcokrajowiec, a durna maszyna pokazuje mu swoją najgorszą stronę". Cóż, zapłaciłam kartą za bilet, powiedzmy, że w ramach przyjaźni między narodami podarowałam mu go. Ponieważ jechałam tym samym tramwajem, to usiedliśmy razem i tłumaczyłam facetowi, żeby mi nie zwracał pieniędzy, bo po pierwsze - maszyna już mu zjadła kasę, a po drugie to byłby najdroższy jednorazowy na świecie (mniemam). Zresztą 3 zł to naprawdę nie jest tragedia, a przecież pomagać sobie jakoś trzeba. Ale przynajmniej do swojego przystanku sobie pogadaliśmy jak podróżny z podróżnym, co mnie dziwi, bo raczej nie nawiązuję znajomości pociągowych - odcinam się od świata książką albo gapiąc się przez okno. Cóż, zły automat łączy ludzi.
Od dłuższego czasu już jednak, jak wspomniałam, gotówką nie płacę i z automatami żyjemy w zgodzie. One mnie nie objadają z monet, ja nie mam ochoty puknąć je w szybkę. Make love, not war.
Tramwaje mi się jednak podobają bez zastrzeżeń. Wprawdzie rozbraja mnie, że najwyraźniej potrafią zagiąć czas, bo kiedy się spóźniają na elektronicznej tablicy zegar uparcie sobie stoi albo napis, że będzie za 2 minuty wisi sobie i kwadrans. Sprytne. Niemniej jazdę tramwajami dosyć lubię. A jak się jedzie takim nowym, to na ekranie leci sobie reklama, jakie to są nowoczesne przystanki, pojazdy, zmodernizowane węzły przesiadkowe, cuda, wianki i dzikie węże, aż człowieka duma zaczyna rozpierać, jakby conajmniej shinkansenem jechał...
;-)
 
Agi

niedziela, 3 marca 2013

Mała rzecz a cieszy

SŁOŃCE WYSZŁO!!!
Wczorajszy dzień wyglądał mniej więcej tak...
Niestety, w nocy spadł śnieg, który wstrętnie zacinał  i pchał się do oczu, no i... tyle z wiosny. Ale przez jeden dzień było naprawdę ładnie, ciepło i spacerowo. :)

Agi

piątek, 1 marca 2013

Żołnierze wyklęci

Ładnie nie będzie - kiedy trwał pochód, ja siedziałam w pracy. Ale ocknęłam się, gdy usłyszałam wrzaski za operą (Świdnicka). Takie spędy nie kojarzą mi się z niczym pozytywnym, przeważnie maszerują narodowcy, wrzeszczą, walą, a za nimi ciągną starsi ludzie, nie wiem dlaczego. 
Ale tym razem, ponieważ jest Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, przebieg pozytywny, choć początkowo można było odnieść wrażenie, że wojna wybuchła (wrzaski, odgłosy, jakby coś wielkiego demontowano, zrzucając przy tym blachy z nieba). Na szczęście nic takiego się nie stało, a porządku pilnowała policja. Uff. Choć oprócz, że tak powiem, zwykłych uczestników pochodu byli i z NOP-u, i Śląska Wrocław.
O pochodzie zatem nie mogę napisać nic oprócz tego, że widziałam z daleka, przez kilka sekund, gdy udało mi się wychylić głowę przez drzwi, dane mi było też posłuchać odgłosów (dzięki czemu jakoś nie żałuję, że nie było mnie tam osobiście, tłumy z pochodniami wolę omijać z daleka).
Ponoć wstrętnych incydentów nie było.

Agi