banner

sobota, 24 sierpnia 2013

wtorek, 30 lipca 2013

Wrocławski soundtrack

Uch, trzeba by tu trochę posprzątać, bo mnie kapkę nie było w blogosferze i już pajęczyny się plączą.
A ja nie lubię pająków. :(

Wiszę jeszcze 2 wpisy z wydarzeń z życia Wrocławia, nadrobię w najbliższym czasie. Dziś tylko krótki wpis, żeby było wiadomo, że żyję. 

A zatem - kiedyś od pewnej osoby usłyszałam dość ciekawe stwierdzenie - "Lubię Wrocław. To miasto ma własny soundtrack!" W zasadzie osoba ta miała rację - wystarczy przejść się ulicami (najlepiej w okolicy rynku), by co rusz usłyszeć śpiew, co 2 metry w innym stylu. Człowiek śpiewa i gra (lub śpiewa do melodii z magnetofonu), przed nim kapelusz czy też otwarty futerał na gitarę i jeśli się komuś spodoba, to może wrzucić "co łaska". Cóż, podejrzewam, że o każdym mieście w okresie letnim można tak powiedzieć, niemniej mi utkwił ten "wrocławski soundtrack" w głowie.
Czasem kusi mnie, by niektórym śpiewakom wrzucić grosik i powiedzieć, że to zapłata, by zamilkli i przestali mordować szlagiery Budki Suflera czy Perfect, ale jak dotąd się wstrzymałam. I tak - Gienek Loska też na ulicach Wrocławia się wydzierał. Aczkolwiek mnie jego śpiew nigdy nie urzekł.
Żeby jednak nie było, że na ulicach Wrocławia występują same rozdarciuchy, gotowe zarżnąć każdy, nawet najlepszy kawałek w historii polskiej muzyki rockowej - bywają i wyjątki. Ostatnio przyuważyłam na Świdnickiej ludzi, którzy zaproponowali inny repertuar. Wyciągnęli wiolonczele czy też skrzypce i akordeon i... klasyka. I nie żadne rzępolenie do śpiewu miauczących kotów - naprawdę pięknie zagrana, przyjemnie było posłuchać.
Zawsze to miła odmiana.


Mam nadzieję, że żaden z bohaterów zdjęcia nie ma nic przeciwko umieszczeniu go na blogu.

Agi

czwartek, 11 kwietnia 2013

Środa, wieczór... pełne bary?

Postanowiłyśmy po pracy wyskoczyć razem "na jednego". Ponieważ od dawna nam się to marzyło i w końcu Ł., M. i ja skończyłyśmy pracę o tej samej porze (plus przyszła wypłacza, ergo - jest za co szaleć!)... dobra! Wychodzimy!
Wyszliście kiedyś na JEDNO piwo? Bo mnie się nigdy nie udało. Dzisiejszego wieczoru też nie, choć nieco w inną stronę. Tym razem nie wypiłam ani jednego piwa.
Zaczęłyśmy grzecznie. Po pracy uderzyłyśmy do "Chińczyka" na jedzenie. Wiadomo, człowiek głodny, musi się posilić. Konsumpcji dokonałyśmy na ryżu z krewetkami i warzywami, ja dodatkowo wzięłam herbatę "ogień" (z kardamonem - czemu ja tego przez całą zimę nie piłam!?) i każda po kieliszku białego śliwkowego wina. Do zapamiętania - dorwać takie wino GDZIEKOLWIEK. Przepyszne. Słodkie, delikatne... palce lizać! Oczywiście rozkładamy się i gadamy jak nakręcone.
"Chińczyk" (konkretnie nazywa się to "Świat Chin" i jest to herbaciarnia, ale wiadomo - jedzenie też jest) zamyka się o 22.00, my wychodziłyśmy kapkę po 21.00. Dobrze by było nie kończyć wieczoru, który się nieźle zaczął. Gdzie by tu...? W głowie pustka. Teoretycznie w rynku i wokół rynku pełno knajp wszelkiej maści, ale żadna nie przychodzi nam do głowy. Jesteśmy na Igielnej. Hmm... Blisko Kotlarska. Chopper! Dobra, uderzamy do knajpy motocyklowej. Teoretycznie miejsce było... ale mecz. Nie, to nie jest dobry pomysł. Nic do meczu, lubię sobie czasem obejrzeć, acz niekoniecznie w knajpie i przy wrzaskach prawdziwych piłkarskich znawców. No i nie wiedziałam nawet kto gra, bo tylko kątem oka rzuciłyśmy. Opuszczamy Choppera. Idziemy dalej. Ł. nie lubi piwa. Wobec tego Rejs odpada. Okej, na Kuźniczej jest... yyyy... bodajże Altana. Wchodzimy... i wychodzimy. Pełno ludzi, jeszcze więcej dymu. Yyyyp!
Gnamy dalej. Opcją będzie Niebo (nigdy nie pamiętam, gdzie to jest) lub Czeski Film (Kiełbaśnicza). Zaglądamy do kolejnych knajp - wszędzie pełno ludzkości. Co jest?! Jest środa! No ok, mecz, ale żeby aż tak? Udało się w Czeskim filmie. To co? Piwo? Otwieramy menu. Ł., jak wspomniałam, piwa nie lubi, więc grzebie w menu za drinkiem. Kątem oka zahaczyłam o magiczny napis "Mojito" i dostałam małpiego rozumu. Odechciało mi się piwa. Zapragnęłam "Mojito" w trybie przyspieszonym. 
Ł. wzięła coś z amerykańsko brzmiącą nazwą, M. twardo piwo. Pijemy z ukontentowaniem.

Oba pyszne.
Każda od każdej po łyku, by spróbować. Gadamy dalej. Nie wiem, jak to jest, że tematów do pogawędki jakoś nie brakuje, zawsze się coś znajdzie do plotkowania, omówienia... samo się nasuwa, a z każdym łykiem alkoholu jakby więcej. 
Noc taka młoda (a było: "Jedno piwo... nie będziemy przecież siedzieć długo..." - jasne...)... Bierzemy kolejne drinki. Na stole ląduje Krwawa Mańka (czyli Krwawa Mary), Casablanca (to moje, coś z sokiem pomarańczowym i chyba ajerkoniakiem) oraz kolejne cudo z amerykańską nazwą (nazwa na pewno zawierała w sobie "L. A."). Nagle zrobiła się godz. 23.00, zrywamy się, płacimy i galopujemy na przystanek autobusowy. Chwila stresu, bo czekamy na wehikuł, a ten nie przyjeżdża. "Na szczęście" nasz autobus się spóźnił.

Nie mogę się pozbyć z głowy tej piosenki Dolly Parton (i paru innych pań w towarzystwie Billy'ego Ray Cyrusa) Romeo. Ale wcale nie chcę, bo ją uwielbiam.
Jestem w domu. 
Piję wodę.
Jutro do pracy. 
Idę spać. :-)

Agi

środa, 27 marca 2013

Stopić drania!!!

Jaki jest najładniejszy zwiastun wiosny? Nie, wcale nie żadne jaskółki, przebiśniegi, krokusy czy inne takie. Choć nie przeczę, też ładne. We Wrocławiu znakiem, że zimie już dziękujemy jest to...

                        rowery przy ul. Świdnickiej

Wczoraj obserwowałam, jak je wyładowywano i wstawiano na miejsce. Nie miałam wtedy, oczywiście, przy sobie komórki, by pstryknąć fotkę, ale widok był cudny. Miejskie rowery znów będą na ulicach!
Korzystanie z takiej przyjemności jest... no właśnie, przyjemnością. Jest kilka takich stacji we Wrocławiu, można wziąć rower z jednej, a zostawić przy drugiej. O ile pamiętam pierwsze 20 minut jest za darmo (a przynajmniej było), a opłata za skorzystanie z roweru zaczynała się później. Według mnie to jedna z najlepszych rzeczy, jakie się w tym mieście pojawiły. Alternatywa dla MPK, radocha dla tych, którzy roweru nie mają, a do tego zachęta do ruchu. Zamierzam korzystać.
I niech mi teraz jakiś śnieg spadnie, to chyba będę ganiać z miotaczem ognia i topić drania do ostatniej śnieżynki! Mam szczerze dosyć tego wstrętnego zimna, opadów i braku słońca! A jeszcze spece twierdzą, że za kilka lat w ogóle wiosny nie będzie, gorące lato zacznie uderzać upałami już w maju, jesień się wydłuży... ciekawe, czy na pewno jesień, bo jak znam życie i swoje szczęście to raczej zima zatriumfuje. Szukam Białej Czarownicy, najwyraźniej ktoś tego babsztyla wypuścił z Narnii...

Agi

sobota, 16 marca 2013

Walka z wiatrakami, pardon - z automatami

Zaznaczam od razu, że jestem ortodoksyjnym wyznawcą MPK. Samochodu nie posiadam, prawka też nie (choć to się pewnie kiedyś zmieni, bo wypadałoby umieć obsłużyć kierownicę). Wrogiem nie jestem, ale jeśli w mieście działają tramwaje i autobusy, to wygodniej mi się poruszać właśnie nimi.
Euro 2012 było, Wrocław się przygotował na cacy, przystanki mamy takie, że mucha nie siada. I jak na taki przystanek podjeżdża nowiutki tramwaj, to się człowiek bardziej z europejska czuje. Jeszcze czekam na moment, kiedy automaty do biletów będą na KAŻDYM przystanku, to już w ogóle będzie raj.
I żeby działały jak należy.
Ja mam jakiegoś pecha. Ogólnie automaty są w porządku i nie boję się ich, o ile płacę kartą. Ale jak mam w ręku gotówkę, to mi ręka drży. Czemu? Otóż... co wrzucam kasę, to mi ją pożera, nie racząc wydrukować biletu. Człowiek przedwypłatowy wyciąga zaskórniaki, żeby kupić jednorazowy bilet (bo na nowy miesięczny jeszcze go nie stać), a ta wredna maszyna wsiorbuje monety jak chipsy i ani myśli się odwdzięczyć biletem. Oczywiście człowiek przedwypłatowy nie posiada też środków na komórce, by zadzwonić gdzie trzeba i z płaczem poprosić o interwencję. Oduczyłam się kupowania za gotówkę w momencie, gdy połknęło mi 10 złotych, wredne ustrojstwo.
Kiedyś, niedługo po Euro, nadziałam się na przystanku na Ukraińca, który usiłował powalczyć z automatem. Jakoś się z nim dogadałam, jak to należy obsługiwać, ale oczywiście jego 5 złotych automat... wiadomo, co z nim zrobił. Głupio mi się zrobiło jak nie wiem, poczułam coś na kształt "przyjeżdża obcokrajowiec, a durna maszyna pokazuje mu swoją najgorszą stronę". Cóż, zapłaciłam kartą za bilet, powiedzmy, że w ramach przyjaźni między narodami podarowałam mu go. Ponieważ jechałam tym samym tramwajem, to usiedliśmy razem i tłumaczyłam facetowi, żeby mi nie zwracał pieniędzy, bo po pierwsze - maszyna już mu zjadła kasę, a po drugie to byłby najdroższy jednorazowy na świecie (mniemam). Zresztą 3 zł to naprawdę nie jest tragedia, a przecież pomagać sobie jakoś trzeba. Ale przynajmniej do swojego przystanku sobie pogadaliśmy jak podróżny z podróżnym, co mnie dziwi, bo raczej nie nawiązuję znajomości pociągowych - odcinam się od świata książką albo gapiąc się przez okno. Cóż, zły automat łączy ludzi.
Od dłuższego czasu już jednak, jak wspomniałam, gotówką nie płacę i z automatami żyjemy w zgodzie. One mnie nie objadają z monet, ja nie mam ochoty puknąć je w szybkę. Make love, not war.
Tramwaje mi się jednak podobają bez zastrzeżeń. Wprawdzie rozbraja mnie, że najwyraźniej potrafią zagiąć czas, bo kiedy się spóźniają na elektronicznej tablicy zegar uparcie sobie stoi albo napis, że będzie za 2 minuty wisi sobie i kwadrans. Sprytne. Niemniej jazdę tramwajami dosyć lubię. A jak się jedzie takim nowym, to na ekranie leci sobie reklama, jakie to są nowoczesne przystanki, pojazdy, zmodernizowane węzły przesiadkowe, cuda, wianki i dzikie węże, aż człowieka duma zaczyna rozpierać, jakby conajmniej shinkansenem jechał...
;-)
 
Agi

niedziela, 3 marca 2013

Mała rzecz a cieszy

SŁOŃCE WYSZŁO!!!
Wczorajszy dzień wyglądał mniej więcej tak...
Niestety, w nocy spadł śnieg, który wstrętnie zacinał  i pchał się do oczu, no i... tyle z wiosny. Ale przez jeden dzień było naprawdę ładnie, ciepło i spacerowo. :)

Agi

piątek, 1 marca 2013

Żołnierze wyklęci

Ładnie nie będzie - kiedy trwał pochód, ja siedziałam w pracy. Ale ocknęłam się, gdy usłyszałam wrzaski za operą (Świdnicka). Takie spędy nie kojarzą mi się z niczym pozytywnym, przeważnie maszerują narodowcy, wrzeszczą, walą, a za nimi ciągną starsi ludzie, nie wiem dlaczego. 
Ale tym razem, ponieważ jest Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, przebieg pozytywny, choć początkowo można było odnieść wrażenie, że wojna wybuchła (wrzaski, odgłosy, jakby coś wielkiego demontowano, zrzucając przy tym blachy z nieba). Na szczęście nic takiego się nie stało, a porządku pilnowała policja. Uff. Choć oprócz, że tak powiem, zwykłych uczestników pochodu byli i z NOP-u, i Śląska Wrocław.
O pochodzie zatem nie mogę napisać nic oprócz tego, że widziałam z daleka, przez kilka sekund, gdy udało mi się wychylić głowę przez drzwi, dane mi było też posłuchać odgłosów (dzięki czemu jakoś nie żałuję, że nie było mnie tam osobiście, tłumy z pochodniami wolę omijać z daleka).
Ponoć wstrętnych incydentów nie było.

Agi

środa, 27 lutego 2013

Robb Maciąg w DBP

Spóźnienie niezłe, ale nic nie umknie, spokojna głowa. W Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej (tak, tej samej, w której jest Window on Korea) 15-ego było spotkanie z Robertem "Robbem" Maciągiem. Spotkanie dotyczyło jego ostatniej książki, Tysiąc szklanek herbaty. Ponieważ czytałam i mnie książka zachwyciła (rowerem jedwabnym szlakiem - świetna opowieść), więc poszłam zobaczyć, jak będzie wyglądało to spotkanie.
Autor zajął całe spotkanie. Hura! Bite dwie godziny opowiadał, wyświetlał zdjęcia, a mówił ze swadą i z jajem. Można się było pośmiać i wzruszyć (czyli jak przy książce). Widać było, że gdyby nie coraz późniejsza godzina, mógłby opowiadać dalej (dojechał do Chin i przerwał opowieść, esz...). Może jeszcze będzie okazja, to dokończy. Zachęcił mnie do tego, bym odkurzyła na wiosnę rower. Może za granicę nie popedałuję, ale po najbliższej okolicy, czemu nie?
Udało mi się pstryknąć jedną wyraźną fotkę. Nie wiem czemu zawsze mi wychodzą zamazane i nic na nich nie widać. Albo aparat kiepski (no, w telefonie, to się nie ma co czarować), albo ręka mi się trzęsie. Hmmm...


Mam też autograf na książce (przy ulubionym fragmencie).
Spotkania z tym autorem polecam ze szczerego serca. Warto iść i posłuchać. :-)

Agi

środa, 13 lutego 2013

Sushi z przypadku

Sushi w planach nie było, ale że koleżanka z pracy zamawiała sobie w ramach obiadu... Podpięłam się. Wspólnie skonsumowałyśmy takie cudo.

zdjęcie zrobiła Ł.                                        


Koneserzy sushi pewnie powiedzą, że nie ma się czym podniecać, zwykły zestaw i tyle. Ale ja jestem szarym sushożercą i twierdzę, że to było przepyszne. Raz na jakiś czas (niestety, drogie, nie na moją kieszeń, by często się tym raczyć) można zaszaleć. Muszę spróbować zrobić samodzielnie, niektórzy moi znajomi potrafią, więc to jest wykonalne. Hmm. Ciekawe, czy przeze mnie...

Z innej beczki - wyłapałam Winter Colę. Smakuje jak zwykła cola, tylko ma (chemiczny) korzenny posmak. W zasadzie nie będzie to mój przysmak. Ale spróbować musiałam, bo ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy.

Agi

A miało się ku wiośnie...

Niestety, zima jeszcze trzyma. Kiedy w niedzielę wspinałam się na Ślężę (od trudniejszego podejścia, wesoło było), miałam nadzieję, że tamtejszy śnieg to tylko taki... górski, a Wrocławiowi już nic nie grozi. 
Gdzie tam. Było chwilę ciepło, od wczoraj wali śniegiem, jakby chciało nadrobić zaległości. Nic to. W końcu luty, jeszcze trochę tej zimy przed nami. Grunt to nie wywinąć orła na ulicach.
Choć muszę przyznać, że wrocławskie ulice pod śniegową pierzynką wyglądają bardzo malowniczo. Tylko jest niemalowniczo zimno, ale nie można mieć wszystkiego.
Żeby tak było w jakieś Boże Narodzenie... Jak z pocztówki by było! Teraz to się nikomu chyba tego śniegu nie chce. ;)

Agi


czwartek, 7 lutego 2013

Bałagan (wbrew pozorom - chodzi o knajpę)

Przyjemny wieczór z M. i K. oraz ich znajomymi w Bałaganie. 
Olśnienia!
Olśnienie pierwsze.
Znamy się z M. już prawie szesnaście lat (we wrześniu będzie). 2 września w pierwszej klasie liceum usiadłyśmy razem w ławce i... do dzisiaj mamy świetny kontakt. Jak ten czas leci...
Olśnienie drugie.
Nie starzejemy się. Piękniejemy. Hihi.
M. ma nowego psa, Pchłę. Boskie skrzyżowanie charta z czymś jeszcze, potulne i cudowne stworzenie. Dało się głaskać, myziać, rozpieszcać... I siedziało w knajpie bez szczeknięcia skargi! Idealny pies! Głównie siedziała pod stołem, tudzież na kanapie, pchając pysk na kolana.
Świętowałyśmy z M. kończenie pisania doktoratu (w jej wykonaniu). Wieczór miły, całkiem ciepły, jakby ku wiośnie szło. Spokój, cisza... W Bałaganie co jakiś czas słychać (oraz lekko czuć) przejeżdżające pociągi (w końcu nasyp), ale to w niczym nie przeszkadza. Lubię tę knajpkę. Ma przyjemny, ciasny klimat domowej nasiadówki z kumplami, w tle gra muzyka, powyżej telewizor (ilekroć jestem, lecą mecze), a przy stole debata nad psami i gra w kości.

Usiłowałam zrobić zdjęcie, ale późna pora i zdjęcie komórką, do tego trzy piwa grzane z miodem... To nie mogło wyjść najlepiej. Ale jakby ktoś chciał namierzyć Bałagan, to niech po zmroku szuka czegoś takiego...



A potem? Wpadłam na przystanek i od razu podjechał bezpośredni tramwaj (do mnie). Uroki nowego miejsca - łatwiej się tam dostać nawet późnym wieczorem. Ponoć zewsząd.

Agi

poniedziałek, 4 lutego 2013

Window on Korea

Ł. wyciągnęła mnie po pracy na rynek do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej. Miałyśmy nadzieję, że podany w sieci budynek A to właśnie ten na rynku (tak, to ten!). Po co? Żeby się zapisać do biblioteki. 

I teraz pytanie - na co księgarzowi biblioteka, mało mu książek? Hehe, widać mało.

Otóż w sieci pochwalili się, że mają tu kącik koreański - Window on Korea. Trzeba było zbadać sprawę. Wpadłyśmy na pięterko obejrzeć sobie ów cudny kącik. Oto jest! Kilka regałów zapchanych literaturą o Korei (po polsku, po angielsku, czasem i po koreańsku), książkami do nauki języka, dramy, muzyka, a także literatura koreańska. HURA!!! Hyyyhy, to ostatnie na razie nie dla mnie, bo wszystko w hangul. Mogę zapomnieć. Ale tak czy siak - jest. I to dużo tego wszystkiego! Przegrzebałyśmy półkę z muzyką. Trzeba było brać w ciemno, bo oczywiście płytki też w hangul, to ciężko się domyślić, co bierzemy. Choć prawdę mówiąc, jak na okładce były jakieś panienki w biodrówkach, to się nie łudziłyśmy, że to coś tradycyjnego. Nawet jeśli nie należy sądzić po pozorach, odpuściłam sobie sprawdzenie, czy mi się akurat taka płyta spodoba. Porwałam coś, co na okładce ma starszego pana grającego na gayageum - raczej nie ryzykuję, że to k-pop. 

Ł. porwała z półki A journey in search of Korea's beauty Bae Yong Joona. Prawdziwe cudeńko, pięknie wydane, grube, z cudnymi zdjęciami. Nie zwróciłam początkowo uwagi na nazwisko autora, podziwiałam książkę, choć zdjęcie coś mi mówiło. Tylko facet schował się za rogowymi okularami i grzywą, nie do poznania. Potem się przyjrzałam i zaskoczyłam - grał główną rolę w The Legend. No przecież! 

Ł. zrezygnowała z tej książki, więc od razu ją porwałam. Zapis do biblioteki i pierwsze wypożyczenie. Głaszczę teraz okładkę i myślę o tym, co jeszcze wyszarpię z tego zbiorku. I gdzie ja się nauczę koreańskiego, żeby choć z odrobiną sensu pomacać literaturę? Hangul mi się podoba, nie powiem, chętnie bym się nauczyła. Muszę poszperać. 

Zerknęłyśmy także na piętro numer dwa, gdzie z kolei jest American corner. Zbliżamy się do szklanych drzwi, kontem oka zauważam, że stoi za nimi jakiś facet i się szeroko uśmiecha i rozkłada ramiona jak przy powitaniu dawno nie widzianej ciotki. Brrr! Aż podskoczyłam. Dopiero po chwili spojrzałam przytomnie - atrapa Baracka Obamy... Straszyć tak ludzi, ech. Niemniej American corner ma wielgachny zbiorek literatury amerykańskiej w oryginale, więc tam też będę sobie zaglądać. Czeka mnie jeszcze więcej czytania niż zwykle. Yeah!

Tymczasem Byungki Hwang gra mi na gayageum i jest mi tak dobrze...

Agi

piątek, 1 lutego 2013

Przeprowadzona

Uff, to chyba już ostatki! Trzy dni wynosiłam z poprzedniego mieszkania toboły, kartony, a i tak wciąż mi się przypominało, że w łóżku została kapa, a w szafce ulubiony kubek. Zwariować można. 
Najgorsza historia i tak była z regałem. Mam swój regał, bo jako książkowy mól posiadam sporą bibliotekę (hmm, coś by można oddać do biblioteki chyba...?). Ciężki jak sto diabłów, wnosiłam go z T. na 3 piętro rok temu. Dumna byłam i blada, kiedy w końcu stanął w przedpokoju i moje cenne skarby (niektóre mniej cenne) wreszcie przestały walać się po podłodze. Ręce mi opadały ze zmęczenia, ale co tam. Tak, winda nie działała. 
Stwierdziłam, że w nowym lokum JAKOŚ sobie poradzę. Nie chciałam nawet myśleć o taszczeniu tego potwora z powrotem (winda wciąż nie działa). No ale znajomi się uparli - na pewno się przyda. Fakt, regał z pewnością by się przydał. No cóż... Kobiety na traktory! Czy jakoś tak...
Znieść go było nie tak źle, daliśmy radę i obyło się bez ofiar. Ba! Nawet zmieścił się cały do samochodu! Myślałam, że połowa będzie sterczeć z tyłu, a tu proszę - nieco poprzesuwać i drzwi bagażnika się zamknęły. Cudnie! Jedziemy na nowe miejsce. Tu winda działa, więc się pocieszałam, że nie będzie tak źle. Wynieść z auta, wprowadzić w drzwi, wmontować w windę i wio! Na piętro. 
Taaa... chciałoby się...
Winda okazała się za niska. Trudno. Wnosimy ręcznie. Korytarz węższy niż na dawnym lokum, co półpiętro trzeba drania stawiać, by się zmieścił, przekrzywiać i wnieść po schodach. Ale dojechaliśmy do mieszkania... i tu zaczęły się problemy. Najpierw nie chciało wleźć w mieszkanie. Postawić się nie da. No, dobrze, może by i się dało, ale zdemontowalibyśmy przy okazji żyrandol i pół sufitu. Ładujemy się połowicznie w pokój, kręcimy, cudujemy, wykręcamy w korytarz, wjeżdżamy w drugi pokój i wreszcie delikatnie przesuwamy, celujemy... wjeżdżamy do mych włości. I teraz regał nie chce stanąć. Nieee... to się nie może tak skończyć! Ręce mi opadły ze zmęczenia i wścieku. Kombinujemy dalej, delikatnie, delikatnie... Wlazł! Nie wiem jak, ale wlazł. Ha! Nawet ma jeszcze 5 cm swobody. Wobec tego dziś uprzątnęłam pobojowisko, które powstało w nowym lokum i już nie można wejść i się zabić. Nareszcie u siebie!
Nie znoszę się przeprowadzać, ale cóż poradzić? Mus to mus. Zresztą koszmarem jest sama przeprowadzka. Pakowanie, przenoszenie, rozpakowywanie i upychanie wszystkiego po kątach. Ale te pierwsze chwile, kiedy się już wszystko ogarnie są cudne. Spada na człowieka spokój, że znów jest u siebie. A że ściany wyglądają nieco inaczej? Drobiazg. Teraz zamiast żółto-pomarańczowych mam niebieskie. Zawsze to jakaś odmiana. 
Uznałam, że zasłużyłam na prezent, więc sobie zamówiłam książkę (tak, kolejną) - Historia Korei. Nie mogę się doczekać!

Agi