banner

środa, 27 lutego 2013

Robb Maciąg w DBP

Spóźnienie niezłe, ale nic nie umknie, spokojna głowa. W Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej (tak, tej samej, w której jest Window on Korea) 15-ego było spotkanie z Robertem "Robbem" Maciągiem. Spotkanie dotyczyło jego ostatniej książki, Tysiąc szklanek herbaty. Ponieważ czytałam i mnie książka zachwyciła (rowerem jedwabnym szlakiem - świetna opowieść), więc poszłam zobaczyć, jak będzie wyglądało to spotkanie.
Autor zajął całe spotkanie. Hura! Bite dwie godziny opowiadał, wyświetlał zdjęcia, a mówił ze swadą i z jajem. Można się było pośmiać i wzruszyć (czyli jak przy książce). Widać było, że gdyby nie coraz późniejsza godzina, mógłby opowiadać dalej (dojechał do Chin i przerwał opowieść, esz...). Może jeszcze będzie okazja, to dokończy. Zachęcił mnie do tego, bym odkurzyła na wiosnę rower. Może za granicę nie popedałuję, ale po najbliższej okolicy, czemu nie?
Udało mi się pstryknąć jedną wyraźną fotkę. Nie wiem czemu zawsze mi wychodzą zamazane i nic na nich nie widać. Albo aparat kiepski (no, w telefonie, to się nie ma co czarować), albo ręka mi się trzęsie. Hmmm...


Mam też autograf na książce (przy ulubionym fragmencie).
Spotkania z tym autorem polecam ze szczerego serca. Warto iść i posłuchać. :-)

Agi

środa, 13 lutego 2013

Sushi z przypadku

Sushi w planach nie było, ale że koleżanka z pracy zamawiała sobie w ramach obiadu... Podpięłam się. Wspólnie skonsumowałyśmy takie cudo.

zdjęcie zrobiła Ł.                                        


Koneserzy sushi pewnie powiedzą, że nie ma się czym podniecać, zwykły zestaw i tyle. Ale ja jestem szarym sushożercą i twierdzę, że to było przepyszne. Raz na jakiś czas (niestety, drogie, nie na moją kieszeń, by często się tym raczyć) można zaszaleć. Muszę spróbować zrobić samodzielnie, niektórzy moi znajomi potrafią, więc to jest wykonalne. Hmm. Ciekawe, czy przeze mnie...

Z innej beczki - wyłapałam Winter Colę. Smakuje jak zwykła cola, tylko ma (chemiczny) korzenny posmak. W zasadzie nie będzie to mój przysmak. Ale spróbować musiałam, bo ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy.

Agi

A miało się ku wiośnie...

Niestety, zima jeszcze trzyma. Kiedy w niedzielę wspinałam się na Ślężę (od trudniejszego podejścia, wesoło było), miałam nadzieję, że tamtejszy śnieg to tylko taki... górski, a Wrocławiowi już nic nie grozi. 
Gdzie tam. Było chwilę ciepło, od wczoraj wali śniegiem, jakby chciało nadrobić zaległości. Nic to. W końcu luty, jeszcze trochę tej zimy przed nami. Grunt to nie wywinąć orła na ulicach.
Choć muszę przyznać, że wrocławskie ulice pod śniegową pierzynką wyglądają bardzo malowniczo. Tylko jest niemalowniczo zimno, ale nie można mieć wszystkiego.
Żeby tak było w jakieś Boże Narodzenie... Jak z pocztówki by było! Teraz to się nikomu chyba tego śniegu nie chce. ;)

Agi


czwartek, 7 lutego 2013

Bałagan (wbrew pozorom - chodzi o knajpę)

Przyjemny wieczór z M. i K. oraz ich znajomymi w Bałaganie. 
Olśnienia!
Olśnienie pierwsze.
Znamy się z M. już prawie szesnaście lat (we wrześniu będzie). 2 września w pierwszej klasie liceum usiadłyśmy razem w ławce i... do dzisiaj mamy świetny kontakt. Jak ten czas leci...
Olśnienie drugie.
Nie starzejemy się. Piękniejemy. Hihi.
M. ma nowego psa, Pchłę. Boskie skrzyżowanie charta z czymś jeszcze, potulne i cudowne stworzenie. Dało się głaskać, myziać, rozpieszcać... I siedziało w knajpie bez szczeknięcia skargi! Idealny pies! Głównie siedziała pod stołem, tudzież na kanapie, pchając pysk na kolana.
Świętowałyśmy z M. kończenie pisania doktoratu (w jej wykonaniu). Wieczór miły, całkiem ciepły, jakby ku wiośnie szło. Spokój, cisza... W Bałaganie co jakiś czas słychać (oraz lekko czuć) przejeżdżające pociągi (w końcu nasyp), ale to w niczym nie przeszkadza. Lubię tę knajpkę. Ma przyjemny, ciasny klimat domowej nasiadówki z kumplami, w tle gra muzyka, powyżej telewizor (ilekroć jestem, lecą mecze), a przy stole debata nad psami i gra w kości.

Usiłowałam zrobić zdjęcie, ale późna pora i zdjęcie komórką, do tego trzy piwa grzane z miodem... To nie mogło wyjść najlepiej. Ale jakby ktoś chciał namierzyć Bałagan, to niech po zmroku szuka czegoś takiego...



A potem? Wpadłam na przystanek i od razu podjechał bezpośredni tramwaj (do mnie). Uroki nowego miejsca - łatwiej się tam dostać nawet późnym wieczorem. Ponoć zewsząd.

Agi

poniedziałek, 4 lutego 2013

Window on Korea

Ł. wyciągnęła mnie po pracy na rynek do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej. Miałyśmy nadzieję, że podany w sieci budynek A to właśnie ten na rynku (tak, to ten!). Po co? Żeby się zapisać do biblioteki. 

I teraz pytanie - na co księgarzowi biblioteka, mało mu książek? Hehe, widać mało.

Otóż w sieci pochwalili się, że mają tu kącik koreański - Window on Korea. Trzeba było zbadać sprawę. Wpadłyśmy na pięterko obejrzeć sobie ów cudny kącik. Oto jest! Kilka regałów zapchanych literaturą o Korei (po polsku, po angielsku, czasem i po koreańsku), książkami do nauki języka, dramy, muzyka, a także literatura koreańska. HURA!!! Hyyyhy, to ostatnie na razie nie dla mnie, bo wszystko w hangul. Mogę zapomnieć. Ale tak czy siak - jest. I to dużo tego wszystkiego! Przegrzebałyśmy półkę z muzyką. Trzeba było brać w ciemno, bo oczywiście płytki też w hangul, to ciężko się domyślić, co bierzemy. Choć prawdę mówiąc, jak na okładce były jakieś panienki w biodrówkach, to się nie łudziłyśmy, że to coś tradycyjnego. Nawet jeśli nie należy sądzić po pozorach, odpuściłam sobie sprawdzenie, czy mi się akurat taka płyta spodoba. Porwałam coś, co na okładce ma starszego pana grającego na gayageum - raczej nie ryzykuję, że to k-pop. 

Ł. porwała z półki A journey in search of Korea's beauty Bae Yong Joona. Prawdziwe cudeńko, pięknie wydane, grube, z cudnymi zdjęciami. Nie zwróciłam początkowo uwagi na nazwisko autora, podziwiałam książkę, choć zdjęcie coś mi mówiło. Tylko facet schował się za rogowymi okularami i grzywą, nie do poznania. Potem się przyjrzałam i zaskoczyłam - grał główną rolę w The Legend. No przecież! 

Ł. zrezygnowała z tej książki, więc od razu ją porwałam. Zapis do biblioteki i pierwsze wypożyczenie. Głaszczę teraz okładkę i myślę o tym, co jeszcze wyszarpię z tego zbiorku. I gdzie ja się nauczę koreańskiego, żeby choć z odrobiną sensu pomacać literaturę? Hangul mi się podoba, nie powiem, chętnie bym się nauczyła. Muszę poszperać. 

Zerknęłyśmy także na piętro numer dwa, gdzie z kolei jest American corner. Zbliżamy się do szklanych drzwi, kontem oka zauważam, że stoi za nimi jakiś facet i się szeroko uśmiecha i rozkłada ramiona jak przy powitaniu dawno nie widzianej ciotki. Brrr! Aż podskoczyłam. Dopiero po chwili spojrzałam przytomnie - atrapa Baracka Obamy... Straszyć tak ludzi, ech. Niemniej American corner ma wielgachny zbiorek literatury amerykańskiej w oryginale, więc tam też będę sobie zaglądać. Czeka mnie jeszcze więcej czytania niż zwykle. Yeah!

Tymczasem Byungki Hwang gra mi na gayageum i jest mi tak dobrze...

Agi

piątek, 1 lutego 2013

Przeprowadzona

Uff, to chyba już ostatki! Trzy dni wynosiłam z poprzedniego mieszkania toboły, kartony, a i tak wciąż mi się przypominało, że w łóżku została kapa, a w szafce ulubiony kubek. Zwariować można. 
Najgorsza historia i tak była z regałem. Mam swój regał, bo jako książkowy mól posiadam sporą bibliotekę (hmm, coś by można oddać do biblioteki chyba...?). Ciężki jak sto diabłów, wnosiłam go z T. na 3 piętro rok temu. Dumna byłam i blada, kiedy w końcu stanął w przedpokoju i moje cenne skarby (niektóre mniej cenne) wreszcie przestały walać się po podłodze. Ręce mi opadały ze zmęczenia, ale co tam. Tak, winda nie działała. 
Stwierdziłam, że w nowym lokum JAKOŚ sobie poradzę. Nie chciałam nawet myśleć o taszczeniu tego potwora z powrotem (winda wciąż nie działa). No ale znajomi się uparli - na pewno się przyda. Fakt, regał z pewnością by się przydał. No cóż... Kobiety na traktory! Czy jakoś tak...
Znieść go było nie tak źle, daliśmy radę i obyło się bez ofiar. Ba! Nawet zmieścił się cały do samochodu! Myślałam, że połowa będzie sterczeć z tyłu, a tu proszę - nieco poprzesuwać i drzwi bagażnika się zamknęły. Cudnie! Jedziemy na nowe miejsce. Tu winda działa, więc się pocieszałam, że nie będzie tak źle. Wynieść z auta, wprowadzić w drzwi, wmontować w windę i wio! Na piętro. 
Taaa... chciałoby się...
Winda okazała się za niska. Trudno. Wnosimy ręcznie. Korytarz węższy niż na dawnym lokum, co półpiętro trzeba drania stawiać, by się zmieścił, przekrzywiać i wnieść po schodach. Ale dojechaliśmy do mieszkania... i tu zaczęły się problemy. Najpierw nie chciało wleźć w mieszkanie. Postawić się nie da. No, dobrze, może by i się dało, ale zdemontowalibyśmy przy okazji żyrandol i pół sufitu. Ładujemy się połowicznie w pokój, kręcimy, cudujemy, wykręcamy w korytarz, wjeżdżamy w drugi pokój i wreszcie delikatnie przesuwamy, celujemy... wjeżdżamy do mych włości. I teraz regał nie chce stanąć. Nieee... to się nie może tak skończyć! Ręce mi opadły ze zmęczenia i wścieku. Kombinujemy dalej, delikatnie, delikatnie... Wlazł! Nie wiem jak, ale wlazł. Ha! Nawet ma jeszcze 5 cm swobody. Wobec tego dziś uprzątnęłam pobojowisko, które powstało w nowym lokum i już nie można wejść i się zabić. Nareszcie u siebie!
Nie znoszę się przeprowadzać, ale cóż poradzić? Mus to mus. Zresztą koszmarem jest sama przeprowadzka. Pakowanie, przenoszenie, rozpakowywanie i upychanie wszystkiego po kątach. Ale te pierwsze chwile, kiedy się już wszystko ogarnie są cudne. Spada na człowieka spokój, że znów jest u siebie. A że ściany wyglądają nieco inaczej? Drobiazg. Teraz zamiast żółto-pomarańczowych mam niebieskie. Zawsze to jakaś odmiana. 
Uznałam, że zasłużyłam na prezent, więc sobie zamówiłam książkę (tak, kolejną) - Historia Korei. Nie mogę się doczekać!

Agi