banner

piątek, 1 lutego 2013

Przeprowadzona

Uff, to chyba już ostatki! Trzy dni wynosiłam z poprzedniego mieszkania toboły, kartony, a i tak wciąż mi się przypominało, że w łóżku została kapa, a w szafce ulubiony kubek. Zwariować można. 
Najgorsza historia i tak była z regałem. Mam swój regał, bo jako książkowy mól posiadam sporą bibliotekę (hmm, coś by można oddać do biblioteki chyba...?). Ciężki jak sto diabłów, wnosiłam go z T. na 3 piętro rok temu. Dumna byłam i blada, kiedy w końcu stanął w przedpokoju i moje cenne skarby (niektóre mniej cenne) wreszcie przestały walać się po podłodze. Ręce mi opadały ze zmęczenia, ale co tam. Tak, winda nie działała. 
Stwierdziłam, że w nowym lokum JAKOŚ sobie poradzę. Nie chciałam nawet myśleć o taszczeniu tego potwora z powrotem (winda wciąż nie działa). No ale znajomi się uparli - na pewno się przyda. Fakt, regał z pewnością by się przydał. No cóż... Kobiety na traktory! Czy jakoś tak...
Znieść go było nie tak źle, daliśmy radę i obyło się bez ofiar. Ba! Nawet zmieścił się cały do samochodu! Myślałam, że połowa będzie sterczeć z tyłu, a tu proszę - nieco poprzesuwać i drzwi bagażnika się zamknęły. Cudnie! Jedziemy na nowe miejsce. Tu winda działa, więc się pocieszałam, że nie będzie tak źle. Wynieść z auta, wprowadzić w drzwi, wmontować w windę i wio! Na piętro. 
Taaa... chciałoby się...
Winda okazała się za niska. Trudno. Wnosimy ręcznie. Korytarz węższy niż na dawnym lokum, co półpiętro trzeba drania stawiać, by się zmieścił, przekrzywiać i wnieść po schodach. Ale dojechaliśmy do mieszkania... i tu zaczęły się problemy. Najpierw nie chciało wleźć w mieszkanie. Postawić się nie da. No, dobrze, może by i się dało, ale zdemontowalibyśmy przy okazji żyrandol i pół sufitu. Ładujemy się połowicznie w pokój, kręcimy, cudujemy, wykręcamy w korytarz, wjeżdżamy w drugi pokój i wreszcie delikatnie przesuwamy, celujemy... wjeżdżamy do mych włości. I teraz regał nie chce stanąć. Nieee... to się nie może tak skończyć! Ręce mi opadły ze zmęczenia i wścieku. Kombinujemy dalej, delikatnie, delikatnie... Wlazł! Nie wiem jak, ale wlazł. Ha! Nawet ma jeszcze 5 cm swobody. Wobec tego dziś uprzątnęłam pobojowisko, które powstało w nowym lokum i już nie można wejść i się zabić. Nareszcie u siebie!
Nie znoszę się przeprowadzać, ale cóż poradzić? Mus to mus. Zresztą koszmarem jest sama przeprowadzka. Pakowanie, przenoszenie, rozpakowywanie i upychanie wszystkiego po kątach. Ale te pierwsze chwile, kiedy się już wszystko ogarnie są cudne. Spada na człowieka spokój, że znów jest u siebie. A że ściany wyglądają nieco inaczej? Drobiazg. Teraz zamiast żółto-pomarańczowych mam niebieskie. Zawsze to jakaś odmiana. 
Uznałam, że zasłużyłam na prezent, więc sobie zamówiłam książkę (tak, kolejną) - Historia Korei. Nie mogę się doczekać!

Agi

3 komentarze:

  1. Aga witaj :)
    Pisz! Pisz niewiasto bo świetnie piszesz :D
    Twój opis przeprowadzki i wnoszenia na piętro jak żywo, przypomniał mi scenę z Przyjaciół gdy tachali kanapę Rossa.
    Nienawidzę przeprowadzek, pamiętam jak wnosiłam swój majątek na czwarte piętro, czteropiętrowego bloku, reliktu PRLu bez windy. Za przeprowadzenie się skuteczne zasługujesz, nawet na dwie książki. Bezdyskusyjnie!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj serdecznie w blogosferze, alez sie usmialam :! Wiem ze latwo nie bylo, ale tak sie zmachalam czytajac ten wpis jakbym z toba ten regal przenosila :)) Uff!
    Swietnie to opisalas:)) I dzieki, ze pozostawilas u mnie swoj komentarz, bo dzieki temu moglam trafic do ciebie (i sie usmiac:)
    Bede wracac :)) Pisz czesto
    Pozdrawiam Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobało. Mnie na twoim blogu też, a dopiero go poznaję. :-)
      Buźka!

      Usuń