banner

poniedziałek, 4 lutego 2013

Window on Korea

Ł. wyciągnęła mnie po pracy na rynek do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej. Miałyśmy nadzieję, że podany w sieci budynek A to właśnie ten na rynku (tak, to ten!). Po co? Żeby się zapisać do biblioteki. 

I teraz pytanie - na co księgarzowi biblioteka, mało mu książek? Hehe, widać mało.

Otóż w sieci pochwalili się, że mają tu kącik koreański - Window on Korea. Trzeba było zbadać sprawę. Wpadłyśmy na pięterko obejrzeć sobie ów cudny kącik. Oto jest! Kilka regałów zapchanych literaturą o Korei (po polsku, po angielsku, czasem i po koreańsku), książkami do nauki języka, dramy, muzyka, a także literatura koreańska. HURA!!! Hyyyhy, to ostatnie na razie nie dla mnie, bo wszystko w hangul. Mogę zapomnieć. Ale tak czy siak - jest. I to dużo tego wszystkiego! Przegrzebałyśmy półkę z muzyką. Trzeba było brać w ciemno, bo oczywiście płytki też w hangul, to ciężko się domyślić, co bierzemy. Choć prawdę mówiąc, jak na okładce były jakieś panienki w biodrówkach, to się nie łudziłyśmy, że to coś tradycyjnego. Nawet jeśli nie należy sądzić po pozorach, odpuściłam sobie sprawdzenie, czy mi się akurat taka płyta spodoba. Porwałam coś, co na okładce ma starszego pana grającego na gayageum - raczej nie ryzykuję, że to k-pop. 

Ł. porwała z półki A journey in search of Korea's beauty Bae Yong Joona. Prawdziwe cudeńko, pięknie wydane, grube, z cudnymi zdjęciami. Nie zwróciłam początkowo uwagi na nazwisko autora, podziwiałam książkę, choć zdjęcie coś mi mówiło. Tylko facet schował się za rogowymi okularami i grzywą, nie do poznania. Potem się przyjrzałam i zaskoczyłam - grał główną rolę w The Legend. No przecież! 

Ł. zrezygnowała z tej książki, więc od razu ją porwałam. Zapis do biblioteki i pierwsze wypożyczenie. Głaszczę teraz okładkę i myślę o tym, co jeszcze wyszarpię z tego zbiorku. I gdzie ja się nauczę koreańskiego, żeby choć z odrobiną sensu pomacać literaturę? Hangul mi się podoba, nie powiem, chętnie bym się nauczyła. Muszę poszperać. 

Zerknęłyśmy także na piętro numer dwa, gdzie z kolei jest American corner. Zbliżamy się do szklanych drzwi, kontem oka zauważam, że stoi za nimi jakiś facet i się szeroko uśmiecha i rozkłada ramiona jak przy powitaniu dawno nie widzianej ciotki. Brrr! Aż podskoczyłam. Dopiero po chwili spojrzałam przytomnie - atrapa Baracka Obamy... Straszyć tak ludzi, ech. Niemniej American corner ma wielgachny zbiorek literatury amerykańskiej w oryginale, więc tam też będę sobie zaglądać. Czeka mnie jeszcze więcej czytania niż zwykle. Yeah!

Tymczasem Byungki Hwang gra mi na gayageum i jest mi tak dobrze...

Agi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz