banner

czwartek, 11 kwietnia 2013

Środa, wieczór... pełne bary?

Postanowiłyśmy po pracy wyskoczyć razem "na jednego". Ponieważ od dawna nam się to marzyło i w końcu Ł., M. i ja skończyłyśmy pracę o tej samej porze (plus przyszła wypłacza, ergo - jest za co szaleć!)... dobra! Wychodzimy!
Wyszliście kiedyś na JEDNO piwo? Bo mnie się nigdy nie udało. Dzisiejszego wieczoru też nie, choć nieco w inną stronę. Tym razem nie wypiłam ani jednego piwa.
Zaczęłyśmy grzecznie. Po pracy uderzyłyśmy do "Chińczyka" na jedzenie. Wiadomo, człowiek głodny, musi się posilić. Konsumpcji dokonałyśmy na ryżu z krewetkami i warzywami, ja dodatkowo wzięłam herbatę "ogień" (z kardamonem - czemu ja tego przez całą zimę nie piłam!?) i każda po kieliszku białego śliwkowego wina. Do zapamiętania - dorwać takie wino GDZIEKOLWIEK. Przepyszne. Słodkie, delikatne... palce lizać! Oczywiście rozkładamy się i gadamy jak nakręcone.
"Chińczyk" (konkretnie nazywa się to "Świat Chin" i jest to herbaciarnia, ale wiadomo - jedzenie też jest) zamyka się o 22.00, my wychodziłyśmy kapkę po 21.00. Dobrze by było nie kończyć wieczoru, który się nieźle zaczął. Gdzie by tu...? W głowie pustka. Teoretycznie w rynku i wokół rynku pełno knajp wszelkiej maści, ale żadna nie przychodzi nam do głowy. Jesteśmy na Igielnej. Hmm... Blisko Kotlarska. Chopper! Dobra, uderzamy do knajpy motocyklowej. Teoretycznie miejsce było... ale mecz. Nie, to nie jest dobry pomysł. Nic do meczu, lubię sobie czasem obejrzeć, acz niekoniecznie w knajpie i przy wrzaskach prawdziwych piłkarskich znawców. No i nie wiedziałam nawet kto gra, bo tylko kątem oka rzuciłyśmy. Opuszczamy Choppera. Idziemy dalej. Ł. nie lubi piwa. Wobec tego Rejs odpada. Okej, na Kuźniczej jest... yyyy... bodajże Altana. Wchodzimy... i wychodzimy. Pełno ludzi, jeszcze więcej dymu. Yyyyp!
Gnamy dalej. Opcją będzie Niebo (nigdy nie pamiętam, gdzie to jest) lub Czeski Film (Kiełbaśnicza). Zaglądamy do kolejnych knajp - wszędzie pełno ludzkości. Co jest?! Jest środa! No ok, mecz, ale żeby aż tak? Udało się w Czeskim filmie. To co? Piwo? Otwieramy menu. Ł., jak wspomniałam, piwa nie lubi, więc grzebie w menu za drinkiem. Kątem oka zahaczyłam o magiczny napis "Mojito" i dostałam małpiego rozumu. Odechciało mi się piwa. Zapragnęłam "Mojito" w trybie przyspieszonym. 
Ł. wzięła coś z amerykańsko brzmiącą nazwą, M. twardo piwo. Pijemy z ukontentowaniem.

Oba pyszne.
Każda od każdej po łyku, by spróbować. Gadamy dalej. Nie wiem, jak to jest, że tematów do pogawędki jakoś nie brakuje, zawsze się coś znajdzie do plotkowania, omówienia... samo się nasuwa, a z każdym łykiem alkoholu jakby więcej. 
Noc taka młoda (a było: "Jedno piwo... nie będziemy przecież siedzieć długo..." - jasne...)... Bierzemy kolejne drinki. Na stole ląduje Krwawa Mańka (czyli Krwawa Mary), Casablanca (to moje, coś z sokiem pomarańczowym i chyba ajerkoniakiem) oraz kolejne cudo z amerykańską nazwą (nazwa na pewno zawierała w sobie "L. A."). Nagle zrobiła się godz. 23.00, zrywamy się, płacimy i galopujemy na przystanek autobusowy. Chwila stresu, bo czekamy na wehikuł, a ten nie przyjeżdża. "Na szczęście" nasz autobus się spóźnił.

Nie mogę się pozbyć z głowy tej piosenki Dolly Parton (i paru innych pań w towarzystwie Billy'ego Ray Cyrusa) Romeo. Ale wcale nie chcę, bo ją uwielbiam.
Jestem w domu. 
Piję wodę.
Jutro do pracy. 
Idę spać. :-)

Agi